Ile brakuje nam do Euro?
dodał: buffu dnia mar.01, 2010 12:50, kategoria Artykuły Tematyczne, charlee, Felietony, Publikacje

Czy Poznań jest gotowy na organizacje meczów?
W weekend poprzedzający debiut Lecha na stadionie przy ul. Bułgarskiej postanowiłem wybrać się na mecz Budnesligi, gdzie Hertha Berlin mierzyła się z TSH 1899 Hoffenheim. Była to dla mnie ciekawa wyprawa, na której zaobserwowałem wiele rozwiązań, o zastosowaniu których w Poznaniu podczas meczu możemy tylko pomarzyć. Czy na Euro 2012 będziemy choć w połowie tak dobrze przygotowani do organizacji meczów jak Niemcy? Miejmy nadzieję.
Jazda autostradą to sama przyjemność, o czym przekonał się każdy, kto kiedykolwiek jeździł po drogach naszego zachodniego sąsiada. Dobre oznakowanie, sieć powiązań, węzłów i objazdów oraz kultura na jezdni. Wyjątkiem są oczywiście Polacy, który na trzypasmowym odcinku autostrady, gdzie każdy wie, jakim pasem powinien jeździć, potrafią się zachowywać jak młokosy, którzy dopiero co otrzymali prawo jazdy. Zajeżdżanie drogi czy wymuszanie pierwszeństwa to standard, który napotkałem podczas podróży. Sam wjazd do Berlina oraz odnalezienie stadionu to już żaden problem. Wystarczy z autostrady 115 zjechać na Messendamm ICC, a następnie odszukać oznakowanie Olympiastadion, prowadzące już bezpośrednio na obiekt Herthy.
Co się rzuca w oczy przed stadionem na półtorej godziny przed meczem, to spokój. Parkingi są podzielone na dwie strefy VIP oraz parking płatny dla kibiców, za który opłata wynosi 5 euro. Jednak aby skorzystać z tego parkingu, należy również pokazać bilet na mecz. My stanęliśmy przed parkingiem, gdzie policjanci na drodze zmienili kierunek ruchu na jednostronny, co wymuszone było tym, iż nie posiadaliśmy biletów, po które musieliśmy jechać na dworzec główny. Po ustawieniu samochodu policjanci zwrócili nam uwagę, że ruch będzie jednostronny i nalegają, abyśmy ustawili się przodem do kierunku jazdy, aby nie tamować ruchu. Wszystkie samochody ustawiane wzdłuż ulicy były przestawiane przez kibiców na żądanie policji.
Aby odebrać bilety na mecz, musieliśmy dotrzeć na „Centralny”. W tym celu udaliśmy się na dworzec znajdujący się 300 metrów od Stadionu Olimpijskiego. Były tam 4 perony, z czego jeden główny, przeznaczony dla ruchu przelotowego. Pozostałe służą wyłącznie do zapewnienia sprawnego dojazdu i wyjazdu kibiców na mecze i widowiska sportowe rozgrywane na stadionie olimpijskim oraz uczestników innych imprez organizowanych na tym obiekcie. Na nie co chwila przyjeżdżały pociągi, przywożąc tysiące kibiców. Po meczu z tych samych peronów odjeżdżają pociągi rozpoczynające jazdę na stacji Berlin Olympiastadion, szybko i sprawnie rozwożąc kibiców po mieście. Bilet na kolejkę podmiejską kupuje się z automatu za niecałe 3 euro, a starczy na dwie godziny jazdy, obojętnie jakim pociągiem i dokąd tylko dusza zapragnie. Jeżeli ktoś nie zna niemieckiego, nie musi się martwić, ponieważ każdy automat ma zainstalowaną wersję polską. Dojechanie na Główny, odebranie biletów oraz powrót zajęły nam 45 minut.

Fragment biletu z meczu Hertha - Hoffenheim
Wyobraźcie sobie sytuację, w której np. na ul. Grunwaldzkiej czy Bułgarskiej 300 m od stadionu wybudowałoby się stację kolejową, przeznaczoną specjalnie do dojazdu i wyjazdu kibiców na mecze Lecha, oraz szybką kolejkę miejską, kursującą przed i po meczu z częstotliwością co 3 minuty, zabierającą jednorazowo do 500 – 700 osób. W ciągu 5-10 minut można by dojechać tym pociągiem do centrum Poznania, a w 15 minut do Rataj czy Piątkowa. Jeżeli dodacie do tego, że także ok. 300m dzieli stadion Herthy od stacji metra, będziecie mieli obraz możliwości dotarcia do stadionu. Nic dziwnego, że komunikacja miejska jest podstawową formą dotarcia i powrotu ze stadionu, a przystadionowe parkingi wcale nie są przepełnione.
Wraz z znajomym postanowiliśmy się wzmocnić przed widowiskiem sportowym. W tym celu udaliśmy się do ogródka, który znajdował się na tarasie dworzec-stadion. Z głośników wydobywała się tradycyjna biesiadna muzyka niemiecka; może była to zmodyfikowana wersja dla kibiców, lecz ciężko mi to ocenić, gdyż nie znam niemieckiego. Złoty trunek kosztuje 2-3 euro przed stadionem i nikt tam się nie przejmuje zakazem picia alkoholu w miejscu publicznym (oczywiście jeżeli takowy tam jest), ponieważ kibice piją piwo w pociągach, przy policji, na dworcu, przed stadionem, a także na terenie stadionu i oczywiście podczas meczu. Po nabraniu siły postanowiliśmy sprawdzić, co można kupić w namiotach oferujących klubowe gadżety, których przed stadionem jest bardzo dużo. Oprócz dziesiątek wzorów szalików Herthy i ich grup kibicowskich znajdowały się też szale innych zespołów z Bundesligi i nie tylko. Można było kupić szal Slavii Praga, Boca Juniors, reprezentacji Anglii, a także najbliższego rywala – Hoffenheim. Były też szale innych zespołów ligowych, np. Schalke, Bayernu, Bayeru Leverkusen, Werderu i innych klubów Bundesligi. Cena za szal w ulubionych barwach to 5 euro, co jak na polskie warunki to raczej niewiele.
Co ciekawe, bezpośrednio przy stacji kolejowej Olympiastadion, przez którą przechodzi zdecydowana większość kibiców przybywających na mecz i przy której leje się pewnie w dzień meczu więcej piwa, niż w całym Berlinie razem wziętym, zaparkowanych było z górą 5 radiowozów, rozstawionych co ok. 300 m. Można powiedzieć, że policja wokół stadionu była w zasadzie niewidoczna, a ci funkcjonariusze, którzy już byli przy stadionie, raczej przypominali biuro informacji turystycznej niż policję prewencji. Jakże to inny obrazek w porównaniu z naszą rzeczywistością, z tymi zakutymi po uszy policjantami w opancerzonych radiowozach (krążą pogłoski, że na następną misję w Afganistanie nasza armia zostanie uzbrojona zamiast w wozy bojowe „Rosomak” właśnie w policyjne transportery), w których szyby osłonięte są siatką z drutu, jakiego normalnie używa się konstrukcjach wieżowców, albo dryblasami na koniach, którzy po dodaniu jeszcze paru rekwizytów mogliby śmiało grać husarię w „Ogniem i mieczem”.
Z wejściem na stadion też nie było problemu, spiker z głośników instruował, co należy zrobić, aby rozładować kolejkę. Były przejścia, gdzie można było dostać się szybciej na stadion pod warunkiem, że nie ma się plecaków czy nie wnosi własnego alkoholu, oraz przejścia, gdzie wszyscy czekali w kolejkach na dotarcie do bramki. Całe wejście na stadion mimo 20-metrowych kolejek zajęło nam 5 minut. Ten, kto zaliczył choć jeden sezon na Bułgarskiej, też wie, jak się najszybciej dostać i jakich miejsc unikać. Ciekawostką jest fakt przeszukiwania przez ochronę każdego kibica. Na Bułgarskiej wymuszane jest stanie tyłem do ochrony, zaś na Stadionie Olimpijskim – przodem. W Poznaniu ochrona pobieżnie sprawdzi kibica, przesuwając dłońmi po niektórych fragmentach ciała, w Berlinie przeszukują cię dokładnie, niczego nie pomijając.
Aby dostać się na stadion, trzeba się trochę napocić. My zrobiliśmy kółko wokół obiektu. Najpierw należy się kierować literką na bramie wejściowej, następnie sektorem, rzędem i miejscem. Każda inna próba dotarcia na stadion, jak na przykład innym wejściem, spełznie na niczym. Nie można migrować między sektorami, a sektorem, który był najbardziej pilnowany i obwarowany, był oczywiście kocioł, znajdujący się tradycyjnie za bramką.
Na mecz dotarliśmy z 5-minutowym opóźnieniem, mimo iż posiadaliśmy plan stadionu. Gdy wreszcie zainstalowaliśmy się na naszych miejscach i z radością przystąpiliśmy do oglądania meczu, zaczęliśmy się co chwila denerwować. Migracje ludów po piwo, z piwem, z kiełbaską, z preclem, z cukierkiem i znów z piwem są zmorą kogoś, kto przyszedł obejrzeć mecz. Wstań, bo idzie piwo, siądź, bo przeszło, wstań, bo ktoś idzie do WC, postój, bo idzie kiełbasa, i tak prawie cały mecz. Doszło do tego, ze nie widziałem pierwszego gola dla Hoffenheim, bo w tym czasie rząd niżej robił falę, wstając i przepuszczając kogoś z piwem.
Jeżeli chodzi o kibiców i klimat, to przed stadionem nie ma różnicy między fanami Herthy, a tymi przychodzącymi na Kolejorza. Niebiesko-białe barwy, szerokiej maści społeczeństwo, piwko i zbieracze puszek oraz butelek, choć tych ostatnich kręci się zdecydowanie mniej niż u nas. Na pewno zauważyć można było większy porządek, zbieracze nie kręcili się po trawnikach, ale przy koszach na śmieci. Klimat na stadionie oprócz kotła nieciekawy, wszyscy siedzą, piją i zajadają, co się da. Na uwagę zasługuje, jak to nazwaliśmy, Królewski Kubek, czyli litrowy plastikowy kubek wypełniony piwem. Jeden taki na mecz ze spokojem starczy i nie trzeba byłoby co chwila kursować po dokładkę. A na stadionie pół litra piwa kosztowało 3,5 euro. Kibice z kotła cały czas żyli meczem, nawet nie znając niemieckiego można było się domyśleć, że po stracie pierwszego gola przez Herthę kibice śpiewali „nic się nie stało”. Jednak to, co zabolało, to opuszczanie przez kibiców stadionu 10 minut przed końcem spotkania. Zdegustowani byli zarówno najwierniejsi, jak i rzesza sympatyków siedzących na pozostałych sektorach. Być może gdyby Lech Poznań zajmował ostatnie miejsce w tabeli i w tak słabym stylu przegrywał z ligowym średniakiem, fani też odwracaliby się od klubu i wychodzili przed końcem spotkania. Póki co, chcę myśleć, że jest to domena Niemców. Prawdopodobnie to pozycja Herthy w lidze, słaby styl gry tej drużyny, ale także nie za wysoka marka rywala sprawiły, że na trybunach zasiadło „tylko” 37 tys. widzów. Jak na obiekt, który może pomieścić 70 tysięcy, jest to wynik przeciętny, a nawet mizerny.
Po ostatnim gwizdku można było zauważyć sprawne rozejście się 37 tysięcy kibiców do domów. Na uwagę zasługuje fakt, że nawet droga, która na czas meczu stała się jednokierunkowa, była pusta, a samochodów blokujących drogi wyjazdowe nie było. Zapewne spora ilość kibiców sprawnie wywożona jest przez dworzec, zapewne wielu zostaje jeszcze długo przed stadionem, wykupując, co pozostało.
Po zakończonej wyprawie naszły mnie pewne refleksje. Pod względem organizacyjnym Niemcy biją nas na głowę. Pod względem kultury zachowywania się przy stadionie i podczas meczu również. Przykładowo, podczas rundy honorowej dookoła stadionu w poszukiwaniu naszych miejsc nie znalazłem ani śladu tymczasowych „wysypisk śmieci” (typu butelki puszki, pozostałości po hot-dogach), ani obrazków na murach powstałych po opróżnianiu pęcherza.
Jeżeli na Bułgarskiej nie będzie więcej ubikacji i to z prawdziwego zdarzenia, tak by kibic nie czuł się w nich jak śmieć, będziemy musieli nadal oglądać takie obrazy jak pamiętny żywopłot przy wale pod sektorem 5 (przed remontem stadionu). Jeżeli nie nauczymy się jako kibice minimum zachowania i kultury oraz nie będziemy szanować tego pięknego obiektu, jaki nam się buduje, to do pierwszego meczu Euro 2012 ten stadion przypominać będzie wielki szalet miejski, a nie obiekt sportowy, z którego moglibyśmy być dumni na całą Europę.
Tekst z wyprawy do Berlina przygotowali Karol Bąkowski i Rafał Jeleń.










Marzec 1st, 2010 on 13:50
Wychodzi na to, że u nas jest kibel , a tam rewela. Na pewno jest na czym się wzorować. Szkoda, że nie napisaliście coś o samym stadionie, który jest nijaki. Byłem – widziałem. Na pewno jeśli chodzi o sam stadion to berlińczycy mogą nam pozazdrościć. Poza tym dojazd,kultura osobista itd. to podzielam zdanie autora tego tekstu.
Marzec 1st, 2010 on 15:59
Niemcy mają do perfekcji opracowany system informacji na drogach dojazdowych, informacji na obiekcie i sprawność z „rozładowaniem tłumu”. Prosta piłka, jechać, odpatrzeć stosować. Co do kultury osobistej…. hm. Niestety długo jeszcze będziemy patrzeć jak na ulicy facio wyrzuca puszkę na chodnik czy rzyga na sciane. No ale na to nie ma rady, niestety. Dzieki, bardzo fajny artykuł „z okolic futbolu”.
Marzec 1st, 2010 on 18:42
No na tym etapie u nas jest kibel i zupełnie inna kultura. Na pewno Polacy mają wiele zalet jeżeli chodzi o kibicowanie, ale nie da się ukryć ich wad.
Szacunek za doczytanie do końca :)
Marzec 1st, 2010 on 18:48
czy wy myslicie ze tylko u nas tak jest bylem w niemczech parerazy na slowacji w czechach i tam wcale nie jest lepiej niz u nas powiem ze w niemczech co 2 osoba o 18 ledwo utrzymuje sie na nogach :) u nas ludzie sa dobrze wychowania tak samo a nawet lepiej niz na zachodzi
Marzec 2nd, 2010 on 11:56
A po ile bileT?
Marzec 2nd, 2010 on 17:00
Dobry tekst.Najgorsze jest to że wraz ze wzrostem komfortu oglądania meczu wzrasta ilość pikników dla których przegapienie gola jest mniej ważne niż kupno w tym czasie kiełbaski.Nie wiem jak można cały mecz coś żreć,to ani dopingować nie można ani klaskać.Obawiam się że u nas będzie podobnie.Tylko zastanawiam się czy nie lepiej jakby ci ludzie wybrali się do restauracji jak są tacy głodni,a na mecz przychodzili dla meczu.
Marzec 3rd, 2010 on 13:06
Niezły artykuł. Powiem tylko tyle. Wierzę w poprawę komunikacji oraz sprawność z “rozładowaniem tłumu” ale mimo wszystko sposobu kibicowania to niech się Niemcy uczą od Nas a nie My od nich :). To akurat mam nadzieję się nie zmieni. Sądzę, że nigdy kiełbaska nie będzie ważniejsza od meczu.:)